EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem


Wywiad z Damianem Kruczkowskim, społecznikiem z Konina

Zazwyczaj zaczynam rozmowę od krótkiej wizytówki, ale jestem tak mocno poruszona sprawą z Bedonia (dla przypomnienia: znajduje się tam kamień z tablicą o oszczerczym wobec mniejszości narodowych tekście), że chciałabym naszą rozmowę zacząć od spytania o pana opinię w tej sprawie.

D.K. Widziałem zdjęcia tej tablicy i znam treść napisu. Jestem zaskoczony. Po pierwsze tym, że kamień postawiono w pobliżu kościoła katolickiego, a po drugie, że stoi on tak długo (prawdopodobnie od 2011 roku) i nikt na to nie zareagował. Uważam, że napisy są skandaliczne i niepotrzebnie jątrzą. Ale czytałem, że już podjęte są jakieś kroki?

Tak. Zgłosiliśmy sprawę do organizacji „Otwarta Rzeczpospolita”. Członkowie tej organizacji podjęli odpowiednie kroki, by problem rozwiązać. Czekamy na reakcję prokuratury. Cieszę się jednak, że mamy podobny pogląd w tej sprawie. Teraz możemy zacząć już klasycznie. Pomysł na rozmowę z panem podsunęła mi Ula Karolczak. Żeby mi pana przybliżyć, zaproponowała przeczytanie artykułu „Grób Hermusia wyszedł z cienia. Sprzątanie przed renowacją”. Ten artykuł opowiada o wydarzeniu z czerwca 2016. Z artykułu wynika, że jest pan członkiem Towarzystwa Przyjaciół Konina.

D.K. Nie tylko członkiem, nawet członkiem zarządu. Oprócz tego wiceprezesem Stowarzyszenia „Akcja Konin”, organizacji pozarządowej. Jestem społecznikiem z krwi i kości. W tym znajduję satysfakcję, w tym się spełniam. Zawodowo zajmuję się szkoleniami. Praca z ludźmi jest moją pasją. Z wykształcenia jestem socjologiem, z zamiłowania – historykiem, regionalistą, etnografem, antropologiem.

Te wszystkie dziedziny nauki zgłębia pan hobbystycznie?

D.K. Zdobywam wiedzę własną pracą, własnym doświadczeniem, działaniami swoimi i innych, w które się angażuję.

Jednym z takich działań jest współpraca z Ulą Karolczak? Kiedy się zaczęła?

D.K. Od wiosny tego roku. Wcześniej nawet o sobie nie wiedzieliśmy. Wiosna jest takim okresem sprzyjającym cięższym pracom na rzecz cmentarzy. Wówczas osoby, które współpracowały i z Ulą, i ze mną, powiedziały: „musicie się poznać, przecież robicie to samo!”. Działamy w sąsiednich powiatach. Ja w konińskim, Ula w kolskim. W maju lub czerwcu tego roku spotkaliśmy się na żywo. Poznali nas wspólni znajomi. Oboje obracamy się w kręgu osób, którym dziedzictwo kulturowe regionu nie jest obce.

Pan też się zajmował cmentarzami wiejskimi? Grób Hermusia znajduje się na cmentarzu miejskim.

D.K. Grób, o którym pani czytała w artykule znajduje się na cmentarzu, który jest czynny. Tam opieką należy objąć jedynie niektóre, zaniedbane groby. Generalnie zajmuję się cmentarzami wiejskimi, rozrzuconymi wśród łąk, zapomnianymi.

A jak pan je odnajduje?

D.K. Korzystam z różnych źródeł. Najważniejszym jest strona konińskiego kościoła ewangelickiego: luteranie.konin.pl, na której znajduje się wykaz nieczynnych cmentarzy ewangelickich. Lokalizuję je, odszukuję, potwierdzam ich istnienie i aktualny stan. Obecny pastor, działający tu od 5 lat, stara się stopniowo uzupełniać ten wykaz. Zresztą wspiera nas bardzo.

Czy to inicjatywa pastora, ta współpraca z wami?

D.K. Inicjatywa wyszła od nas, ponieważ pastor Wunsz jest spoza naszego regionu. Jego opiece podlega pokaźnych rozmiarów parafia. Towarzystwo Przyjaciół Konina zaprosiło go do współpracy. Gdy zacząłem zajmować się cmentarzami, często pytałem pastora o zgodę, opinię, o radę. Zresztą Ula robiła to samo. Prawnie cmentarze te należą do parafii ewangelickiej.

Macie bardzo dobrą sytuację. W województwie łódzkim jest bardziej skomplikowana. Cmentarze w najlepszym przypadku należą do Skarbu Państwa. Wiele jednak ma niejasną sytuację prawną i to wiąże ręce. Zresztą te parafie, które są właścicielami cmentarzy, też nic na ich rzecz nie robią, zasłaniając się brakiem możliwości. Znalazłam jedną, która we współpracy z Urzędem Gminy zamierza w 2017 roku rozpocząć opiekę nad trzema swoimi cmentarzami.

D.K. Konińska parafia działa. Niektóre cmentarze mają zapis „własność parafii ewangelickiej”. Ponieważ mamy obecnie jedną parafię, więc nikt nie szuka drugiego dna. Prawo uznaje, że to ona jest właścicielem tych cmentarzy. I ona ma głos decydujący.

Czy praktykujący ewangelicy jako wspólnota pomagają w pracach?

D.K. Oczywiście. W tych miejscowościach, w których pracujemy, staramy się aktywizować lokalne wspólnoty, popiera nas w tym pastor Wunsz.

Czy w związku z tym prace, które wy wykonujecie, różnią się czymś od prac prowadzonych w innych miejscach kraju? Czy bierzecie pod uwagę ewangelicką specyfikę pochówków?

D.K. Właściwie porządkowanie cmentarzy ewangelickich nie różni się niczym od porządkowania cmentarzy katolickich. Owszem, cmentarze żydowskie mają specjalny kanon, przepisy co wolno, a czego nie wolno tam zrobić. Na ewangelickich przeprowadzamy standardowe prace: wycinka wszelkich zarośli, ustawianie zrujnowanych nagrobków, sklejanie rozbitych płyt. Potem, ewentualnie, renowacja.

Czy wśród was znajdują się fachowcy, którzy mogą się tym zajmować?

D.K. Mamy zaprzyjaźnioną firmę kamieniarską, która pomaga nam w renowacjach. Pan Marek Daszkiewicz ma ogromne doświadczenie w tej mierze. My staramy się pozyskiwać na to środki. Tylko zakres najbardziej podstawowy należy do nas. Nie ingerujemy w zabytek, wiemy, gdzie są granice naszych kompetencji.

Co się dzieje, jeżeli płyty są rozrzucone na terenie cmentarza? Trudno je przyporządkować do odpowiedniej mogiły.

D.K. Jeżeli płyta leży poza cmentarzem, a to się zdarza dość często, przynosimy ją w obręb cmentarza i kładziemy w pobliżu granicy (płotu, ogrodzenia). Jeżeli znajdujemy na terenie cmentarza płyty, których nie możemy przyporządkować, wraca do nas myśl o stworzeniu, w porozumieniu z parafią i konserwatorem zabytków, czegoś na kształt lapidarium. Chcielibyśmy jednak, by te lapidaria powstawały dla danego cmentarza. Znajdowałyby się w nich elementy drobne, kawałki płyt, odpryski tablic – musiałyby zostać zabezpieczone przed ewentualnym dalszym niszczeniem lub kradzieżą.

Teraz chciałam zapytać o samo Wielkopolskie Stowarzyszenie na Rzecz Ratowania Pamięci FRYDHOF. Jak doszło do jego założenia? Co wami kierowało?

D.K. Przez całą wiosnę, lato i jesień pracowaliśmy bardzo intensywnie. Cmentarzy w obrębie parafii (powiat kolski, koniński, turkowski) jest około 200. Udawało nam się niejednokrotnie zbierać do tych prac ochotników. Każda taka akcja wymagała pewnych nakładów – choćby na poczęstunek dla pracującej na cmentarzu młodzieży, na zaprawę klejącą, na drobne narzędzia. Do tej pory wszystkie wydatki ponosiliśmy z Ulą z własnej kieszeni. Mieliśmy też wsparcie w znajomych. Jednak ani nasze środki, ani środki znajomych nie są w stanie zaspokoić potrzeb takiego przedsięwzięcia, jak na przykład ogrodzenie terenu cmentarza, ekspertyza terenu, renowacja nagrobków, ustawienie tablicy informacyjnej. Indywidualnej osobie nie uda się zdobyć takich środków. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że stowarzyszenie może nam to ułatwić. Możemy teraz startować w konkursach o granty lub dofinansowania. Będziemy też bardziej wiarygodni. Z moich obserwacji socjologa wynika również, że grupa sformalizowana jest bardziej spójna i bardziej trwała.

Jest was teraz 12 osób?

D.K. Formalnie tak. Ale mamy sporo sympatyków. Już czekają na przyjęcie dwie osoby. Mamy też wolontariuszy, którzy nie chcą się formalizować, ale często nam pomagają.

Czyli jesteście otwarci zarówno na nowych członków, jak i wolontariuszy?

D.K. Nie ma obowiązku należenia do stowarzyszenia. Zawiązując je chcieliśmy uzyskać szersze możliwości pozyskiwaniu środków. A praca będzie wyglądała tak, jak do tej pory – wszyscy chętni mile widziani!

Jak wam się układa współpraca z władzami lokalnymi?

D.K. Zazwyczaj dobrze. Do tej pory nie zetknęliśmy się z problemami. Sołtysi chętnie nas widzą, pracują z nami. Często pracują z nami radni. Owszem zdarzają się sytuacje, gdy coś nam obiecują, a nie dotrzymują słowa, ale dla nas najważniejsze jest, że nie stawiają nam przeszkód w podjęciu akcji ratowania danego cmentarza.

Dlaczego akurat cmentarze ewangelickie?

D.K. Bo jest ich na naszym terenie najwięcej. I są w stanie, który pozwala na prowadzenie działań ratunkowych. Cmentarzy żydowskich już prawie nie ma. Te, które pozostały są w stanie wymagającym ogromnej pracy i, nie ukrywajmy tego, środków. Zresztą, tak jak wspomnieliśmy wcześniej, ratowanie cmentarzy żydowskich obwarowane jest wieloma warunkami. Cmentarze ewangelickie nadal są cmentarzami, choć nieczynnymi. Można zachować je w stanie pierwotnym, nie czyniąc z nich zaledwie symbolicznych miejsc pamięci.

Zapytam teraz przewrotnie: czemu nie jakiś zamek, pałacyk?

D.K. Nie zamykamy się na tego rodzaju zabytki. Jeśli ktoś z nas zechce, to możemy zainteresować się ratowaniem zamku. Na razie jednak zajmujemy się cmentarzami ewangelickimi, ponieważ są one jedyną pamiątką po grupie ludzi, których już nie ma. Ich potomkowie żyją przeważnie w większych miastach, spolszczeni, a często i przechrzczeni. Większość jednak została po 1945 wygnana z Polski. I ich potomkowie żyją gdzieś w Niemczech. A przecież to osadnicy olęderscy sprawili, że sporą część terenów w dolinie Warty udało się w ogóle zasiedlić. I z tego powodu należy im się pamięć i szacunek. Zresztą w naszym kręgu kulturowym miejsca pochówku należy otaczać czcią. Czemu więc te cmentarze miałyby być traktowane inaczej? Jeśli nie interesują się tym instytucje, władze, to my, zwykli ludzie, powinniśmy to robić sami.

Mam pan poczucie, że w społeczeństwie dochodzi do jakiegoś grupowego zapominania?

D.K. Tak. Trzeba przypominać, że kiedyś na tych terenach żyli i pracowali ludzie, dzięki którym teraz my możemy tu gospodarować. Nie wolno o nich i o ich zasługach zapomnieć. Poprzez nasze zapominanie umierają jeszcze raz, tym razem dużo bardziej skutecznie.

Czy zdarzają się wizyty potomków osadników?

D.K. Interesuję się ewangelikami z Konina i okolic. Nawiązuję kontakty z tymi, którzy wyjechali. Przyjeżdżają do nas. Czasami po raz pierwszy mogą wejść na cmentarz, który wcześniej był zarośnięty i niedostępny. Dziś jako leciwi ludzie mogą jeszcze raz spojrzeć na groby dziadków lub pradziadków. Gdyby nie nasza praca, nie byłoby to możliwe.

Czy z ich strony macie jakieś wsparcie? Myślę tu oczywiście o wsparciu finansowym, bo z racji wieku tych osób nie należy spodziewać się pomocy fizycznej.

D.K. Mamy ogromne mentalne wsparcie, czasami jakieś drobne finansowe. Nie zapominajmy, że są to pojedyncze przypadki i dotyczą najczęściej osób w podeszłym wieku. Jednak jeśli zachodzi taka potrzeba, to wspierają nas. Nie zwracamy się do nich o pieniądze. Pomagają w tym, w czym mogą, np. w pozyskiwaniu informacji z archiwów niemieckich. Ponieważ jednak dotyczy to pojedynczych osób, nie organizacji, nie prosimy o pomoc, nie oczekujemy jej. Moje pytanie podyktowane było tym, że często spotykam się z podejrzliwością osób postronnych wobec cmentarników. Bywa, że są pytani wprost: „co z tego mają”, z podtekstem, że pewnie sporo i to w euro.

D.K. No więc dementuję: cmentarnicy nie pracują za pieniądze.

Czy planujecie nawiązać kontakt z jakąś organizacja po stronie niemieckiej?

D.K. Póki co nie zastanawialiśmy się nad tym. Teraz pracujemy w ziemi, jesteśmy fizyczni i nie mamy takich planów. Czas pokaże.

Czy jako stowarzyszenie będziecie prowadzić edukację?

D.K. Już to robimy. Zapraszając młodzież do pracy bezpośredniej na cmentarzu już ją edukujemy. Jeśli nikt nam tego nie uniemożliwi, będziemy edukować. Wiele szkół jest już zainteresowanych tymi sprawami. Lekcje w plenerze, wykorzystanie wiedzy muzealników, dotykanie historii. To sposób na zainteresowanie młodych ludzi przeszłością. I uczenie ich szacunku do niej.

Czy zdarzają się znaleziska, które mają muzealną wartość?

D.K. Trudno mi ocenić, ale właściwie wszystko tam znalezione jest muzealnym obiektem. Ale super odkryć nie ma. Jakieś fragmenty tablic, tabliczek, stare krzyże. Są to przedmioty o wartości historycznej, nie mają wartości dla zwykłych osób. Staramy się to jednak zabezpieczyć tak, by z cmentarza nie zginęło.

Czy nie sądzi pan, że dobrym pomysłem są izby pamięci narodowej, lokalne muzea? Mamy z takimi miejscami do czynienia w łódzkim: w Bukowcu - Izba Regionalna, w Gałkówku - Muzeum

D.K. Stowarzyszenie marzy o takim miejscu. Ale na razie czekamy na rejestrację. A potem ruszymy z wieloma działaniami. Może ze stworzeniem muzeum również.

Panie Damianie, dziękuję serdecznie za rozmowę. Wierzę w powodzenie waszych działań, więc życzę, by pojawiały się wciąż nowe pomysły.

Wywiad przeprowadziła: Hanna Szurczak, zdjęcia udostępnił Damian Kruczkowski
28.12.2016




Tomasz Szwagrzakkontakt