EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem


Wywiad z panem Zbigniewem Czarnuchem, regionalistą i historykiem z Witnicy (województwo lubuskie)

Informację o pana działaniu uzyskałam od pani Danuty Szybińskiej - Juszczuk. Poznałyśmy się wirtualnie dzięki grupie na fb o nazwie Historia zapisana w kamieniu. Często pojawiają się tam zdjęcia cmentarzy ewangelickich z całej Polski. Po moim komentarzu pod jednym z takich zdjęć odezwała się pani Danuta z informacją, że w Witnicy problemu z opieką nad cmentarzami ewangelickimi nie ma, ponieważ działa tam pan Zbigniew Czarnuch. Wówczas zaczęłam szukać w internecie wiadomości o tym, jak działa się w Witnicy i najczęściej trafiałam na dwa hasła "Park Drogowskazów" oraz "Lapidarium".

Zanim zacznę rozmowę o działaniach na rzecz ewangelików, a raczej ich spuścizny w Witnicy, chciałabym poznać pana bliżej...

Z.Cz. Urodziłem się w Lututowie pod Wieluniem, rocznik 1930. Do Witnicy, przyjechałem jesienią 1945 roku. Ojciec przyjął tu posadę burmistrza. Mieszkałem w Witnicy do 1952 roku, do wyjazdu na studia.

Gdzie pan studiował?

Z.Cz. Studiowałem historię w Poznaniu i Warszawie.

Czy już wówczas interesował pana trudny temat pogranicza?

Z.Cz. To zależy jak rozumieć słowo „wówczas”, czy ma pani na myśli lata studiów czy rok 1945? Nie wiem też czy chodzi o „trudny” temat pogranicza w sensie geograficznym, jako że osiedliśmy w miasteczku położonym dwadzieścia kilka kilometrów od granicy na Odrze, a może ma pani na myśli bardziej istotne wtedy pogranicze kultur, gdzie po przybyciu na „stare ziemie piastowskie” zamieszkaliśmy w miasteczku tak mało podobnym do tych, które znaliśmy z naszego województwa łódzkiego. W miasteczku na dodatek ozdobionym wszechobecnymi niemieckimi szyldami, tabliczkami, napisami. W tym sensie, wtedy, w roku 1945, był to istotnie trudny problem zderzenia się dwu graniczących ze sobą kultur, który pilnie trzeba było rozwiązać. Ojciec – burmistrz Witnicy, z braku środków na zatrudnienie robotników do zadania jej „repolonizacji” w celu przekształcenia niemieckiego krajobrazu na bardziej swojski, poprosił abym ze swym harcerskim zastępem zabrał się do likwidacji śladów niemczyzny. Zabraliśmy się do tego historycznego dzieła z patriotycznym zapałem.

Co wówczas robiliście?

Z.Cz. Zrywaliśmy szyldy i wszelkiego rodzaju tabliczki z niemieckimi napisami.

Czy były jakieś społeczne reakcje?

Z.Cz. Niemców, poza nieliczną grupą pozostawionych w mieście fachowców, w tym czasie już nie było. Jeszcze przed konferencją w Poczdamie zostali „przegnani za Odrę”, jak nakazywał rozkaz wydany żołnierzom wykonującym to zadanie. Trzeba było ich usunąć, bo na ich miejsce czekały już na tutejszej stacji i w szkole przybyłe transportami ze Wschodu liczne grupy „repatriantów”. Tak nazywano wtedy ludzi zmuszonych na mocy ustaleń mocarstw zwycięskich o przesunięciu granic Polski na Zachód, do opuszczenia swej ojcowizny z terenów dawnej Polski. Nie było jednak dla nich tutaj miejsca, bo wolne zagrody, warsztaty i mieszkania, pozostawione przez mieszkańców miasta, którzy uciekli przed frontem za Odrę, pozajmowali wcześniej przybyli osadnicy z tak zwanej „Centrali”. Byli to przybysze z terenów Polski Centralnej, którzy szukali tu swego lepszego życia. To, jak i doznane okropności okupacji niemieckiej, nie sprzyjało dopuszczaniu do głosu wyrzutów sumienia. Nie pozawalało na przejawianie moralnego niepokoju wynikającego z faktu, że uczestniczymy w czynie nagannym, przemocą okradając Niemców przez wypędzenie ich z własnych domostw oraz zagarnięcie ich mienia, będącego często dorobkiem kilku pokoleń ich przodków. Mimo, że w tym samym czasie oskarżaliśmy Niemców o zbrodniczość, gdy to samo robili z nami. Ale wiadomo, że „gdy Kali ukraść krowa”, to nie to samo, co „krowę kradną Kalemu”. Wewnętrzny mechanizm psychicznej homeostazy, dbający o nasz spokój ducha (bo moje musi być zawsze górą), działał niezawodnie, mając do dyspozycji stereotyp odwiecznego prawa odwetu. Z pomocą przyszli historycy z Instytutu Zachodniego z ich kategorią „Ziem Odzyskanych” i hasłem „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu powrócili”. Kradzież? Gdzież tam! My tylko po 700 latach odbieramy swoje! W tym kontekście zrywanie tabliczek i szyldów było przez polskich mieszkańców tak polonizowanych domów przyjmowane jako pomoc w ich patriotycznych obowiązkach.

Wówczas jednak uczestniczył pan w tym procesie, przekonany o słuszności takiego postępowania? O konieczności wypędzania Niemców z ich domów?

Z.Cz. Tak. Na ówczesnym poziomie mojego moralnego rozwoju i światopoglądowej oraz historycznej świadomości dorastającego młodego Polaka ukształtowanego w tamtej epoce - tak. Bo nie protestowało ani moje środowisko rodzinne, ani szkolne, ani tak dbające o morale młodzieży, mające na mnie duży wpływ, harcerstwo, ani katoliccy lokalni duszpasterze, ani prasa, której byłem gorliwym czytelnikiem.

W tych sprawach, mimo panującej wówczas w Polsce politycznej krwawej wojny domowej, panowała moralno-polityczna jedność narodu i przekonanie, że Niemców spotkała zasłużona kara. Wszystkich Niemców zamieszkałych na ziemiach przyznanych Polsce. Także niemowlaków i kalek. Polscy katolicy, kapłani i wierni wyznawcy doktryny kościoła powszechnego raczej miłym niż niechętnym okiem patrzyli na wyrzucanych z domostw niemieckich katolickich księży i braci w wierze. Polscy komuniści, wbrew głoszonej powszechnie idei internacjonalizmu z jego hasłem „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, nie mieli najmniejszej ochoty protestować, gdy wypędzano z mieszkań i warsztatów ich niemieckich komunistycznych towarzyszy. Byliśmy wszyscy oślepieni nacjonalizmem z jego pielęgnowaniem pamięci doznanych krzywd i narodowym egoizmem.

Niewielu było takich, którzy pielęgnując w sobie resztki uratowanej w wojnie ludzkiej godności i człowieczeństwa, miało odwagę się temu powszechnemu narodowemu amokowi zemsty i odwetu przeciwstawić. Ja się wtedy niestety wśród nich nie znalazłem.

Co się zatem stało, że dziś jest pan uznawany za gorącego orędownika spraw niemieckich?

Z.Cz. To była długa droga... Opowiada o niej reportaż o mnie pani Helgii Hirsch, zamieszczony w jej książce "Nie mam keine buty". Za punkt zwrotny w swoim życiu uznaję doświadczenia, jakich dostarczyło mi moje życie na innym pograniczu. Pracowałem w Lesku.

W opowieści pani Hirsch jawi się pan jako człowiek, który broni praw mniejszości narodowych. I jest pan za każdym razem postrzegany jako ich reprezentant. W Zielonej Górze podejrzewają, że jest pan Żydem, w Lesku - że Ukraińcem, w Witnicy...

Z.Cz. Tak, są tacy, którzy sądzą, że jestem Niemcem.

A jest pan?

Z.Cz. Nie. Ani Żydem, ani Ukraińcem Moje korzenie prześwietlała już władza ludowa.

Co zatem zmieniły w panu Bieszczady? A raczej jaką zmianę zakończyły - bo to był przecież proces długotrwały...

Z.Cz. Pracowałem tam na początku lat 70., w okresie intensywnej polonizacji nazw ukraińskich i likwidacji resztek zachowanej ich materialnej kultury. Na moich oczach burzono stojące na odludziach cerkiewki. Po trzydziestu latach dokonanej tu przez nas na Łemkach i Bojkach etnicznej czystki. W lokalnym środowisku moich rodaków nie spotkałem się ze sprzeciwem wobec tych praktyk. Wręcz przeciwnie.

Byłem już po lekturach tekstów Tadeusza Kotarbińskiego. Zapoznałem się z jego poglądem, że ojczyzna zabrania „nie swoim” okazywać gesty człowieczeństwa i z konkluzją dbania o to, by Polak we mnie na zabijał we mnie człowieka. Bo najpierw powinno się być człowiekiem, a potem dopiero przynależeć do określonej grupy etnicznej czy narodu...

Byłem także po lekturze tekstów Stanisława Ossowskiego z jego podziałem ojczyzn na prywatą i ideologiczną. Ojczyzna prywatna to krajobraz duszy kształtowany w nas w efekcie pierwszych doznań w okresie wrastania człowieka w swe środowisko naturalne i kulturowe. Niemcy określają tę swojską ukochaną krainę stron ojcowizny słowem „Heimat”, a u nas mówiono niegdyś „ja jestem tutejszy”, „nasze strony”. Dopiero potem za pośrednictwem szkoły, religii, rodzinnych wojennych opowieści i lektur dochodzi do naszej świadomości istnienie ojczyzny ideologicznej. Identyfikowanej w naszym przypadku z polskim państwem, albo jedną z politycznych wersji tego państwa. Wpływ na naszą świadomość ojczyzny prywatnej dokonuje się samoczynnie w procesie wrastania w grupę społeczną swego środowiska. Natomiast obecność w naszej świadomości ojczyzny ideologicznej jest przeważnie efektem manipulacji faktami historycznymi, dokonywanymi przez konkretne środowiska polityczne, dysponujące aparatem własnej indoktrynacji z systemem szkolnictwa na czele. Miłość do ojczyzny prywatnej, heimatu, z natury rzeczy wynikająca z potrzeby życia w pokoju, zbudowana jest na wartościach idei humanizmu, dobrosąsiedztwa i współpracy. Natomiast miłość do ojczyzny ideologicznej w dążeniu do jej wielkości i sławy, preferuje postawy narodowego egoizmu, ubieranego w piękniej brzmiące pojęcia „racji stanu” i „dobra narodu”, domagając się ofiarności i poświęcenia życia w walce z odwiecznymi wrogami narodu.

Potem doszły do tego ustalenia podpisanych przez Polskę postanowień Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) w Helsinkach, z jej dekalogiem, a w nim zagwarantowanie nienaruszalności granic państw, samostanowienia i równouprawnienia narodów oraz poszanowanie podstawowych wolności i praw człowieka, w tym wolności myśli, sumienia, religii i przekonań, co działo się równolegle do okresu mego pobytu w Bieszczadach...

Po tych lekturach i ich przemyśleniach, wzbogaconych osobistym doświadczeniem, tym razem dotarło do głębi mej świadomości i zostało na trwale zinternalizowane, przyjęte jako moje to, że my, Polacy, tu w Bieszczadach uprawialiśmy i uprawiamy politykę wynaradawiania Ukraińców identyczną do tej, jaką uprawiali wobec nas Niemcy i Rosjanie w latach rozbiorów. Co mnie oburzało, ale jednocześnie pomagało krytycznie spojrzeć na moją postawę przyjmowaną wobec Niemców w drugiej połowie lat 40.

I kiedy wrócił pan w 1981 roku do Witnicy, miał pan już inne spojrzenie na "ziemie odzyskane"?

Z.Cz. Tak. Nie był to już żaden powrót w „ojczyste, piastowskie strony”, lecz przyjazd na ziemie poniemieckie, nadane nam z woli Wielkiej Trójki prawem zwycięzcy, który zwyczajem wszystkich wojen dyktuje granice. Zastana niemiecka kulturowa spuścizna przestała być reliktem „pokostu niemczyzny, który należy usunąć”. Stała się kulturową spuścizną Brandenburczyków i Prusaków, traktowaną w kategoriach zabytków kultury europejskiej w wersji niemieckiej. Były to pozostawione przez nich w krajobrazie uprawne pola, posadzone lasy, wytyczone drogi bite, żelazne i wodne, wykopane kanały, spławne rzeki, a przede wszystkim budowle: wsie z ich zagrodami, miasteczka, handlowe domy, fabryki, kamienice, kolonie jednorodzinnych domków, obiekty kultury, kościoły i cmentarze. Większość wymienionych obiektów znalazło swych użytkowników i tym samym opiekunów. Tak jednak się nie stało w przypadku pozostawionych przez Niemców mogił osób bliskich i przodków.

Kiedy opuszczałem Witnicę na początku lat pięćdziesiątych, cmentarze niemieckie były zaniedbane, ale nienaruszone. Kiedy wróciłem, to już była katastrofa. Było po „pogromie”, kiedy to na mocy ustawy z roku 1959 zapadły decyzje o ich likwidacji. Opracowano cenniki nagrobnych kamieni, traktowanych jako surowce do wtórnego wykorzystania. Tym razem w kolejnym rozdziale dziejów „Dzikiego Zachodu”, w ślad za powojennymi szabrownikami, ruszyli w te strony kamieniarze z całej Polski, poszukując przede wszystkim bardziej szlachetnych materiałów na płyty nagrobne. Ostatnio ktoś przekazał do zbiorów muzealnych miasta szyldzik kamieniarza z Vietz /Witnicy, kupiony na targu staroci w Łodzi. Wygląda na to, że być może tutejszy kamieniarz kupił w Witnicy nagrobek i zarobił jeszcze na zamieszonym na nim szyldziku.

Zatem - wróciłem i okazało się, że te miejsca zostały wręcz zdewastowane. A mamy ich w Witnicy sześć. Nasze miasto, o bardzo młodej historii, zostało utworzone przez połączenie kilku miejscowości, stąd ta liczba. Jak wiadomo ewangelicy mieli miejsca pochówku w każdej wsi.

I wszystkie te cmentarze zostały ograbione z nagrobków?

Z.Cz. Gdybyż to tylko z nagrobków! Po nagrobkach przyszła kolej na poszukiwanie złotych zębów. A następnie moda na oryginalne czaszki.

Co to znaczy?

Z.Cz. Studenci medycyny lubili szpanować posiadaniem oryginalnej ludzkiej czaszki, nie plastikowej, kupionej w sklepie z naukowymi pomocami. Rozkwitł handel nimi. Witniccy chłopcy straszyli czaszkami dziewczyny. Otwierający groby w poszukiwaniu tych cennych "eksponatów" nie zadawali sobie trudu, by je potem zasypać. Niektóre z nich mieszkający w pobliżu witniczanie wypełnili domowymi odpadkami. Pewien rolnik, którego zagroda sąsiadowała z cmentarzem, przerzucał za mur nawóz z chlewni wprost na nagrobną betonową płytę z wielkim krzyżem. Niektórzy okoliczni gospodarze nie mieli kłopotu z tym, by te płyty nagrobne, które dla kamieniarzy nie miały wartości, wykorzystywać jako bruk spodu gnojownika, aby gnojówka nie wsiąkała w ziemię, tylko spływała do zbiornika. Opuszczone miejsca pochowków jako tereny bezpańskie stawały się miejscem wywozu starych mebli, gruzu czy gałęzi. Miejscowy proboszcz, zaniepokojony tym stanem rzeczy, kilkakrotnie upominał z ambony wiernych, by uszanowali miejsca wiecznego spoczynku zmarłych. Z niewielkim skutkiem.

Do miasta bardzo często przyjeżdżali jego dawni niemieccy mieszkańcy. Identyfikowałem się z miastem, które uznawałem za swoje i dlatego stan cmentarzy napawał mnie wstydem. Stąd pod auspicjami Towarzystwa Przyjaciół Witnicy i przy współpracy młodzieży licealnej ze szkoły, w której uczyłem, zaczęliśmy tworzyć lapidarium. Naszym celem, któremu sprzyjały władze miasta, było ocalić resztki płyt z zachowanymi napisami, oraz zebrać kolekcję nagrobków, będących przykładami form i materiałów traktowanych w kategoriach kamieniarskiej sztuki funeralnej. Miało to być z jednej strony symboliczne miejsce naszego uszanowania pamięci poprzednich gospodarzy tej ziemi, a z drugiej przestrzeń składania kwiatów i palenia zniczy podczas odwiedzin w mieście byłych niemieckich mieszkańców. Jako historyk lapidarium traktowałem jako kolekcję zabytków, a płyty z napisami jako teksty źródłowe do dziejów miasta.

Tworzenie lapidariów jest szeroko dyskutowane w środowisku.

Z.Cz. Opowiem pani o dwóch przypadkach z jakimi z tej okazji się zetknąłem. W sąsiedniej miejscowości Sosny miał swoją posiadłość ród Klitzingów. W pałacowym parku znajdowała się ich rodowa nekropolia. Cmentarz został z nagrobków ograbiony, ale okazało się, że nie ze wszystkich. Dosłownie spod ziemi, zapadnięte, wydobyłem dwie płyty z piaskowca, chyba najstarsze. Zacząłem się zastanawiać, czy zabrać je do lapidarium w Witnicy, czy zostawić przy kościele, który Klitzingowie w tej wsi ufundowali. Nawiązałem kontakt z rodziną i z proboszczem kościoła. Proboszcz wyraził zgodę na umieszczenie tych płyt pod ścianą kościoła, postawił jednak warunek: rodzina ma ufundować witraż w jednym z okien. Rodzina zgodziła się na takie rozwiązanie sprawy. Wiele lat potem członkowie tej rodziny wybrali się do Sosen, aby w parku dworskim miejsce pochowku ich przodków otoczyć swą opieką. Druga historia zdarzyła się we wsi Dąbroszyn. Płyty nagrobne z przykościelnego cmentarza zostały wywiezione, ale część przysypana ziemią. uchowała się w krzakach. Odnalazłem je tam, przywróciliśmy je do dawnej świetności, ale musiało jednak minąć sporo czasu, nim udało się doprowadzić do tego, że legły w ładzie pod ścianą kościoła. Wzbogacają dziś atrakcyjność tego miejsca. To wszystko jednak wymaga czasu i cierpliwości niezbędnej do oswojenia z tematem miejscowej ludności.

Lapidaria mają rację bytu. Nasze witnickie rozwiązanie bardzo przypadło do gustu osobie odpowiedzialnej za opiekę nad dziedzictwem kulturowym w organizacji ziomkowskiej Landsberczan (Gorzów). Pan ten poprosił mnie, bym pomógł mu spotkać się z wójtami gmin dawnego powiatu landsberskiego, co nastąpiło. Organizacja ziomkowska zaproponowała wójtom zrealizowanie wspólnego projektu uporządkowania niemieckich cmentarzy i założenia w nich lapidariów. Projekt zrealizowano .

Mogę do tych dwu powyżej opisanych zdarzeń dodać jeszcze trzecie. Bardzo osobliwe. W sąsiadującym z Sosnami majątku Lubno gospodarzył junkier von Treichel. Nazista. W swoim pałacu w roku 1932 gościł Adolfa Hitlera. Na jego płycie nagrobnej wykuto symbol przynależności do SS, a daty narodzin i śmierci oznakowano runami. Chciałem ten jedyny w swoim rodzaju zabytek uratować dla potomności, chroniąc go w magazynach gorzowskiego muzeum, na co jego dyrektor wyrażał zgodę. Nie uzyskaliśmy jednak na to zgody konserwatora zabytków, który nakazał by płyta z runami pozostała na swym miejscu. Gdy na początku XXI wieku udałem się na ten rodowy cmentarz, by zobaczyć co się z tą płytą dalej dzieje, zaskoczył mnie niezwykły widok: płyta z runami została staranne odsunięta na bok, a dół po grobie wykopany z troską właściwą archeologom, z pięknie uformowanymi profilami jego boków i był zupełnie pusty! Ktoś zabrał trumnę ze zwłokami. O mym odkryciu powiadomiłem policję. Dyżurny funkcjonariusz po sporządzeniu stosownej urzędowej notatki powiedział mi, że poprzednio pracował w Szczecinie, gdzie zetknął się z podobnym przypadkiem. Wnioskował z tego, że zapewne istnieje jakaś tajna organizacja nazistowska trudniąca się ekshumacją zwłok swych esesmańskich Kameraden.

Na jakie lata przypadają początki waszego lapidarium ?

Z.Cz. Zaczęliśmy tworzenie lapidarium na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Początkowo siłami nielicznej grupy ochotników z kręgu młodzieży licealnej oraz wsparciu sprzętowym tutejszych firm. Po roku 1990 nawiązaliśmy kontakt z Niemcami z Witnicy, z grupą ziomkowską, która zaczęła organizować u nas swe doroczne zjazdy. Trwały przez dwadzieścia lat. Zainteresowali się naszą inicjatywą i zasugerowali, by lapidarium nie ograniczać do zbiorów wybranych zabytków, ale by zlikwidować wszystkie witnickie niemieckie nekropolie zamknięte dla nowych pochówków, okradzione, zdewastowane i zamienione przez ich sąsiadów na miejsca wysypisk śmieci, a dobrze zachowane nagrobki przenieść do centralnego lapidarium na czynnym cmentarzu komunalnym. Pomysł został zaakceptowany przez władze samorządowe miasta, które dla zagwarantowania odpowiedniego miejsca podjęły decyzje, by przylegający do istniejącego lapidarium zdewastowany i zarośnięty kwartał niemieckiego cmentarza uporządkować, zachowane płyty nagrobne z tekstami przenieś do powiększonego lapidarium, pozostałe ślady grobów zlikwidować, a teren pozostawić w spokoju do czasu wymarcia generacji ostatnich niemieckich mieszkańców miasta. Do dziś nie pochowano tam nikogo. Miasto powiększyło cmentarz zakupem sąsiadującej z nim sąsiedniej działki.

Odebrano zatem spoczywającym na tym cmentarzu ich imiona...

Z.Cz. Tak, bo gdzie indziej pochowane są ich szczątki, a gdzie indziej leży nagrobna tablica z ich imieniem. Ale tak trzeba było zrobić, bo zdewastowany cmentarz krzyczał i wzbudzał złe emocje. Wspomniany reprezentant związku wypędzonych landsberczyków, realizujących program zbliżenia niemiecko-polskiego pod nazwą „Wege zu einneder” (drogi ku sobie) był zadania, że w dobie niemiecko-polskiego pojednania należy zacierać ślady gniewu i zemsty Polaków na obiektach ich kultury symbolicznej i akcentować fakty dokonań pozytywnych. Poza tym tradycje likwidacji starych cmentarzy są dawne. Na ścianach zewnętrznych iluż to kościołów zawieszono przed wiekami tablice nagrobne? Czy nie są to lapidaria?

Kto finansował prace związane z powstaniem lapidarium?

Z.Cz. Gdy zaczynaliśmy te prace z młodzieżą i pomocą fabryk, był to klasyczny, znany w latach Polski Ludowej czyn społeczny. Gdy potem pomysł zaakceptowali witniccy niemieccy ziomkowie i zaproponowali jego rozszerzenie, przekazali odpowiednie kwoty na opłacenie robotników i środków transportu. Oprócz tego jeden z Niemców dokonał odpisu danych z nagrobków i publikował je do celów badań genealogicznych w ich piśmie ziomkowskim. Z tymczasem wiążą się historie dwóch płyt zwiezionych tu w okresie traktowania lapidarium jako wyboru przykładowych form zabytków sztuki funeralnej. Jedną z nich była płyta zabrana z rozgrabionego i zdewastowanego cmentarza pewnej rodziny młynarzy. Teren młyna ze zbudowanym przy nim hotelem wydzierżawił duński przedsiębiorca, który postanowił cmentarz młynarzy przywrócić do pierwotnego stanu i wtedy płyta z lapidarium wróciła na swe dawne miejsce. Przywiozłem także do lapidarium macewę z witnickiego z kirkutu. Ktoś bez mojej wiedzy macewę przewiózł z powrotem na dawne jej miejsce na żydowskim cmentarzu. Nie dociekałem, kto i z jakich pobudek to uczynił. Zapewne naruszyłem jakieś tabu.

Czy kontakty z dawnymi mieszkańcami Witnicy zaowocowały jakimiś niezwykłymi wydarzeniami?

Z.Cz. Tak, było takie zdarzenie i to po części kryminalne. Dotyczyło wspomnianego tu już Dąbroszyna. Pojawiła się u mnie któregoś roku osoba związana z tym majątkiem. Była to wdowa po ostatnim wnuku właścicieli. Przywiozła trzy krzyże z ich grobów. Uciekając przed frontem znaleźli się w późniejszym NRD, gdzie dożyli swych dni. Dopóki groby były opłacane, wszystko było w porządku. Kiedy jednak potomkowie - płatnicy wymarli, groby zlikwidowano. Podczas wizyty na tym cmentarzu kobieta dostała informację, że miejsca ich grobów zostały już wykorzystane pod inne pochówki, ale pozostały krzyże. Pozwolono, by je zabrała. Wówczas przyjechała do mnie z pytaniem, czy mogłaby te krzyże przywieźć do Polski. Skontaktowałem ją z proboszczem kościoła w Dąbroszynie i on wyraził zgodę na to, by stanęły pod murem kościoła. Po jakimś czasie zostałem zaproszony do Dąbroszyna, w którym ta pani zorganizowała przyjęcie Zebrało się około 30 osób, wszyscy na czarno ubrani. Po posiłku wychodzimy. Ktoś zabiera łopatę a inny niesie jakąś paczkę. Idziemy do parku, na szczyt wzniesienia, na którym był grób jednego z przodków rodu. I nagle okazuje się, że biorę udział w nielegalnym pogrzebie. Pani przywiozła urnę z prochami swojego męża i pochowała go na cmentarzu rodzinnym, ale prawnie dla nowych pochówków zamkniętym.

Minęło 21 lat od tego wydarzenia, kiedy ktoś szukający skarbów wykrywaczem metalu, odnalazł tę urnę wkopaną obok grobowca. Miała metalową tabliczkę z nazwiskiem zmarłego, którego zwłoki spopielono i nazwę krematorium, w którym to się stało. Ponieważ znaleziony przedmiot nie stanowił dla niego wartości, więc zostawił urnę na grobowcu. Zadziałał Interpol. Któregoś dnia do mieszkającej w Berlinie wdowy po skremowanym mężu, puka policjant z pytaniem, czy ma ona coś wspólnego z tą urną. Przyznała, że tak. Na szczęście po 20 latach nie można już było przedstawić jej zarzutu nielegalnego pochówku na nieczynnym cmentarzu. Zorganizowaliśmy ponownie uroczystość, tym razem urna spoczęła w krypcie, którą uporządkowaliśmy.

Krypta? To kolejna opowieść?

Z.Cz. Tak. To zupełnie inna historia.

To bardzo mnie interesuje!

Z.Cz. Zatem opowiem. W tymże Dąbroszynie, w przypałacowym kościele, przebudowanym przez von Dönhofów w XIX wieku, znajduje się wyjątkowej urody wcześniejsze, barokowe, kamienne mauzoleum marszałka Hansa von Schöninga i jego rodziny. Po roku 1945, w trakcie akcji usuwania śladów niemczyzny, uratowane przez witnickiego proboszcza, który kazał mauzoleum oddzielić od kościoła ścianą i zamienił na zakrystię. Zwłoki marszałka spoczywały natomiast w podziemnej krypcie w równie pięknym miedzianym sarkofagu, którego uroda była niewidoczna. Zasłaniały go liczne przegniłe drewniane trumny, ozdobione bogatymi okuciami, wykonanymi z pozłacanych miedzianych blaszek. Do krypty nie było wejścia. Tam się po prostu wskakiwało. Przez wiele lat wpuszczani tu turyści zabierali z niej, co się dało. A to okucie, a to czaszkę, a to piszczel... Zacząłem zabiegać o to, aby cenny sarkofag wydobyć z ukrycia, zwłoki z przegniłych drewnianych trumien złożyć w cynowych i umieścić w sąsiednim pomieszczeniu, a okucia zabrać do konserwacji. I tak zrobiliśmy. Krypta została udostępniona dla zwiedzających. Co ciekawsze okucia i tablice inskrypcyjne wyeksponowaliśmy w gablotach. Pozłacane blaszki skusiły złodzieja. Wykradł błyskotki, zostawiając te naprawdę wartościowe z inskrypcjami. Po dwóch latach zwrócił zabrane okucia, wieszając je w torebce plastikowej na klamce kościoła. Miał wyrzuty sumienia? A może bał się zemsty okradzionych duchów?

Czy mauzoleum podlega pod muzeum?

Z.Cz. Nie, bo to jest własność katolickiego kościoła. Ale że nie wszystkie z mnogich okuć znalazły się w kościelnej krypcie, pozostały ich bogaty zbiór znajduje się w zbiorach Witnickiej Izby Regionalnej.

Czy cmentarze również przeszły na własność kościoła katolickiego?

Z.Cz. Nie, w naszej gminie wszystkie cmentarze są własnością komunalną. Stare zostały zamknięte, a obok nich powstały nowe. Tak jest na wsiach, gdzie z braku miejsca, rozszerzają się na teren cmentarzy ewangelickich. Płyty nagrobne były z nich usuwane. Wciąż jeszcze znajdujemy je w przeróżnych miejscach. Były wywożone wywrotkami i zwalane w polu. Te są do uratowania. Czasami jednak wiemy, że już nie ma szans na odnalezienie. Te z cmentarza w Dąbroszynie zostały wywiezione na bagna.

Ślad ma zaginąć?

Z.Cz. Niemcy (dawni mieszkańcy lub ich potomkowie) zaczęli stawiać na miejscu nieczynnych, pozbawionych nagrobków cmentarzy ewangelickich kamienie z inskrypcjami upamiętniającymi te dawne miejsca pochowków. Krajowa organizacja ziomkowska dla Nowej Marchii prowadziła nawet w latach 90. taką akcję. W jej efekcie na wielu cmentarzach tej części ziem zachodniej Polski kamienie takie postawiono. Uczynili to także niemieccy mieszkańcy Tamsel, czyli Dąbroszyna. Chcieli także taki kamień postawić ziomkowie witniccy, ale przekonałem ich, że skoro mamy lapidarium, to już tego rodzaju kamień jest zbędny.

A wie pani co jest jeszcze ciekawsze? Niemcy dbają o cmentarz żydowski w Witnicy. Odezwał się człowiek, którego rodzina pochodziła z Witnicy, sam już urodzony w Niemczech. Niemiec. Był zaniepokojony stanem kirkutu. Stwierdził, że jeśli to kwestia pieniędzy, to on przeleje 2 tys euro na prace porządkowe. Burmistrz zaakceptował plan i cmentarz został doprowadzony do należytego stanu. Ziomkowie witniccy mówią: to są nasi niemieccy Żydzi.

Wcześniej był u nas pewien pan z Berlina. Syn naukowca genetyka, rasisty, nazisty, prowadzącego badania nad eugeniką. W poczuciu winy za postawę ojca, który teoretycznie przyczynił się do holokaustu, człowiek ten jeździł z synem po żydowskich cmentarzach w Lubuskiem i robił dokumentację fotograficzną zachowanych macew, a na dużych arkuszach pergaminowego papieru wykonywał odbitki z kamieni nagrobnych (frotaż). W ten sposób powstawały swoiste dzieła sztuki, eksponowane na wystawach. W ten artystyczny sposób wyprzedzał nasze ratunkowe działania. .

Wspominał pan, że Witnica nie posiada obecnie gminy ewangelickiej, nieliczni wierni należą do parafii w Gorzowie Wielkopolskim. Czy odczuwa pan jakieś wparcie? W końcu cmentarze należały do ich wspólnoty religijnej.

Z.Cz. Trudno powiedzieć o współpracy. Zainspirowani naszym lapidarium stwierdzili, że w Gorzowie powinni też mieć swoje. Ich świątynia jest dawną kaplicą cmentarną zlikwidowanej w latach siedemdziesiątych nekropolii zamienionej na park. Jeszcze dzisiaj, gdy wytycza się nowe alejki w parku, czy przecina go ulicą, natrafia się na leżące pod warstwą ziemi tablice nagrobne. Te płyty zebrano i zrobiono małe lapidarium. W Gorzowie 30 stycznia obchodzony jest jako Dzień Pamięci. To dzień, w którym w 1945 roku do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Idea zamiany święta wyzwolenia na Dzień Pamięci i Pojednania zrodziła się właśnie we współpracy ziomkostwa z władzami miasta i Muzeum w Gorzowie. Obchody obejmują między innymi złożenie kwiatów pod kamieniem upamiętniającym tę starą nekropolię, przy którym zlokalizowano lapidarium.

Z pana opowieści wynika, że pana idee spotykają się z dużym zrozumieniem i wsparciem władz Witnicy, a także strony niemieckiej. A jak ocenia pan współpracę z mieszkańcami miasta? Jak oni patrzą na starania o zachowanie śladów wcześniejszych obywateli Witnicy?

Z.Cz. To zależy od środowiska. Początkowo były głosy dezaprobaty dla naszych działań, w tym także w kręgu członków Towarzystwa. „Idzie pan za daleko z tymi Niemcami, panie Czarnuch” - mówiono. Potem te głosy przycichły. Dla pewnych ludzi wciąż jednak jestem jeśli nie Niemcem, to ich sługusem.

Wiem, że wyznawane przeze mnie samookreślenie się, nie wszystkim przypada do gustu. A uważam się najpierw za człowieka, mieszkańca planety, za stan której czuję się odpowiedzialny, akceptującego prawa do życia na niej wszystkich ludzi, potem jestem Europejczykiem, ukształtowanym przez jej kulturę, zaangażowanym w budowę pokojowej zjednoczonej Europy w postaci Unii Europejskiej, a dopiero potem Polakiem. To z tego wyznana wiary wynika mój stosunek do niemieckich cmentarzy.

Te elementy uznawanego systemu wartości wyniosłem z rodzinnego domu. Choć rodzice byli katolikami, to jednak nie tymi spod znaku Polak-katolik, z jego postulatem wykluczenia ze wspólnoty narodowej etnicznych i religijnych mniejszości. Uznawali piłsudczykowski etos patriotyzmu obywatelskiego, poszerzony o socjalistyczną ideę braterstwa ludów. Choć na drodze mego duchowego rozwoju „odebrana mi została łaska wiary”, jak się to eufemicznie określa i jestem ateistą, to z chrześcijaństwa czerpię inspirację z tego wymogu Dekalogu, który nakazuje miłować bliźniego jak siebie samego i ze słów modlitwy „Ojcze nasz” o odpuszczaniu winowajcom, co uznaję za moralną kwintesencję chrześcijaństwa. To pozwala mi określać siebie jako niewierzącego chrześcijanina.

Panie Zbigniewie, serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas i życzę wielu następców, którzy podejmą pana trud, ratując pamięć o historii pograniczy.

Wywiad przeprowadziła Hanna Szurczak, zdjęcia: Danuta Szybińska – Juszczuk Publikacja: 18.05.2018




Tomasz Szwagrzakkontakt